![]()
W czwartek, jak zwykle, pojechała pod wskazany adres. Przy pomocy przysłanego szofera wysiadła z czarnej limuzyny. Ostatnie promienia słońca chowały się, to wyłaniały zza drzew. Stanęła, by przyjrzeć się tańczącym złotym nitkom. Poprawiła nakrycie głowy, mocniej chwyciła ciężką teczkę i ruszyła przed siebie.
Duże rondo kapelusza rzucało cień na jej bladą twarz. Miała wrażenie, że chowa się przed całym światem. Była zmęczona a to, co robiła nie dawało już jej żadnej satysfakcji.
Delikatnie stąpając po chodniku, doszła do dwuskrzydłowych, dębowych drzwi. W prawym skrzydle widniała kołatka. Uderzyła nią dwa razy. Cofnęła się o krok, jak kot z zamiarem ucieczki. Była gotowa zmierzyć się z kolejną niewiadomą, ale czy vice versa. Chciała raz jeszcze spojrzeć na subtelny taniec złotych nitek.
Odchyliła rondo fedory, uśmiechnęła się mimowolnie i już miała wejść przez uchylone drzwi, gdy poczuła przeszywający ból. Nie rozumiała, co mógł oznaczać. Przeraziło ją gęstniejące powietrze. Zakryła dłonią usta chcąc stłumić krzyk i powoli osunęła się na schody. Stał tam z połyskującym ostrzem w prawej dłoni. Patrzyła na niego pytającym wzrokiem a on – w odpowiedzi pochylając się nad nią, krzyknął:
– Precz z matmą, ty belfrze!
Zamknęła oczy. Na jej ciele ostatni raz zatańczyły subtelne, złote nitki, topiąc się w karmazynowym oceanie.
__
2016–2017
(Wykasowany tekst z portalu literackiego i niezapisany w domowym archiwum, ALE WYŁOWIONY z internetów, dzięki Wayback Machine!)